Wielka, piękna europejska strategia wobec Trumponomiki
Streszczenie
- Osiem miesięcy po rozpoczęciu drugiej kadencji Donalda Trumpa Europejczycy wciąż mają trudności z wypracowaniem spójnej odpowiedzi na amerykańską politykę geoekonomiczną w obszarach handlu, inwestycji i finansów.
- Administracja Trumpa stawia przed Europą ogromne wyzwania. Nałożyła cła na niemal cały import z UE do Stanów Zjednoczonych. Rozważa także wywieranie presji na inwestorów, by zmuszać ich do wyboru między USA a Chinami. Wreszcie, w najbliższym czasie może próbować wymusić osłabienie dolara względem innych głównych walut, takich jak euro.
- Dla Unii Europejskiej najlepszą odpowiedzią na dezorientującą Trumponomikę jest zachowanie spokoju i kontynuowanie działań. Europejscy decydenci powinni przyjąć podejście oparte na samopomocy – powstrzymując się od wdrażania środków odwetowych, które mogłyby zaszkodzić europejskim gospodarkom, unikając daremnych sporów wokół amerykańskiej polityki, która nie ulegnie zmianie, i przede wszystkim dbając o spójność Wspólnoty.
- Europejczycy powinni również wykorzystać ten burzliwy moment do przeforsowania kontrowersyjnych reform gospodarczych. Do takich działań należy m.in. pogłębienie jednolitego rynku w celu wsparcia eksporterów z UE, którzy stracą udziały w rynku amerykańskim; wykorzystanie dostępu do rynku UE jako narzędzia w sektorze usług cyfrowych; zwiększenie finansowania innowacji poprzez zmiany regulacyjne; wzmocnienie globalnej roli euro; a także przygotowanie się na nadchodzące wojny walutowe.
- Zdolność Europy do wdrożenia niezbędnych reform przesądzi o przyszłych perspektywach gospodarczych, pozycji międzynarodowej i odporności Unii długo po tym, jak Trump opuści Biały Dom.
Trumpofobia jako zjawisko
W maju 2025 roku republikański kongresmen Warren Davidson przedstawił projekt ustawy Trump Derangement Syndrome Research Act, zobowiązujący amerykański Narodowy Instytut Zdrowia do zbadania, dlaczego niektórzy ludzie reagują negatywnie na politykę prezydenta Donalda Trumpa. Można by stwierdzić, że po drugiej stronie Atlantyku Europejczycy cierpią na własną odmianę tego syndromu – mieszankę histerii, paniki i paraliżu, która opóźnia wyłonienie się wspólnej europejskiej odpowiedzi na burzliwą politykę Trumpa.
Być może ze względu na swoje zaplecze biznesowe, Trump często koncentruje ataki na Europę wokół tematów geoekonomicznych – handlu, inwestycji i finansów. W tych obszarach jego polityka okazuje się szczególnie dezorientująca, choćby dlatego, że cechuje ją skrajna nieprzewidywalność, dynamika i brak logiki. W warunkach chaosu wywoływanego przez Trumpa wypracowanie spójnej odpowiedzi staje się zadaniem wyjątkowo trudnym. Nie oznacza to jednak, że sytuacja jest beznadziejna. UE może reagować na działania USA nie poprzez daremne próby nadążania za każdym zwrotem akcji ze strony Trumpa, lecz poprzez stabilne przywództwo, które przekuwa szok w szansę.
Niniejsza analiza dowodzi, że najlepszą odpowiedzią Europejczyków na Trumponomikę jest zachowanie zimnej krwi i powstrzymanie się od udziału w sporach, które są bezcelowe lub szkodliwe (lub jednocześnie takie i takie). Zamiast analizować każdą wypowiedź Trumpa, Unia Europejska powinna przyjąć podejście oparte na samopomocy, postawić na jedność europejską i skoncentrować energię na tym, na co rzeczywiście ma wpływ: wykorzystaniu okazji do wdrożenia wcześniej niewyobrażalnych reform gospodarczych, które przyniosą korzyści Wspólnocie długo po tym, jak prezydent USA opuści Biały Dom.
Plany Trumpa w zakresie handlu, inwestycji i finansów
Od momentu powrotu Donalda Trumpa do Białego Domu w styczniu tego roku niestabilna polityka USA w obszarze handlu, inwestycji i finansów wywołała liczne napięcia na linii transatlantyckiej. W chwili pisania tego tekstu ostatni istotny zwrot akcji nastąpił 27 lipca, kiedy Stany Zjednoczone i Unia Europejska ogłosiły zawarcie porozumienia handlowego. Większość amerykańskiego importu z UE objęto cłem w wysokości 15%. Ze swojej strony UE zasadniczo postanowiła nie eskalować konfliktu, co oznacza, że unijne firmy nie będą musiały uiszczać ceł na import z USA.
Jest jednak pewien haczyk. Porozumienie ma jedynie charakter politycznej deklaracji i nie jest prawnie wiążące – a Trump, znany z zamiłowania do dramatyzmu, może się z niego wycofać w dowolnym momencie. Wszystko można negocjować, a jak ujął to sekretarz handlu USA Howard Lutnick zaledwie kilka godzin po ogłoszeniu umowy, „przed nami jeszcze sporo targów […]. Usługi cyfrowe, podatki i ataki na nasze firmy technologiczne – to wszystko trafi na stół”. Porozumienie transatlantyckie to jedynie mapa drogowa, a UE musi przygotować się na trudne batalie w obszarach handlu, inwestycji i finansów.
Handel: cła są głupie
Cła to opłaty, które amerykańskie przedsiębiorstwa uiszczają przy imporcie towarów niemal ze wszystkich krajów. Aby zrekompensować wzrost obciążeń, firmy w USA mają trzy możliwości: ponieść koszty samodzielnie (zmniejszając marże), przerzucić je na konsumentów (zwiększając inflację) albo zastosować obie strategie jednocześnie. Historia pokazuje, że to amerykańskie gospodarstwa domowe ponoszą główny ciężar ceł. Podczas pierwszej wojny handlowej Trumpa z Chinami w latach 2018-2020 firmy z USA nie ograniczyły importu z Chin – przeciwnie, import z chińskich przedsiębiorstw wzrósł w trakcie jego pierwszej kadencji. Cła zostały niemal w całości przerzucone na ceny detaliczne. Ostatecznie rachunek zapłacili amerykańscy konsumenci.
Nikt tak naprawdę nie wie, co Trump próbuje osiągnąć poprzez cła – być może nie wie tego nawet sam Trump. Czasami prezydent USA mówi o konieczności ograniczenia gwałtownie rosnącego długu publicznego. Byłoby to jednak niezwykle trudne, zważywszy na to, że cła najprawdopodobniej spowolnią wzrost gospodarczy i ograniczą wpływy budżetowe. Innym razem Biały Dom przekonuje, że cła skłonią międzynarodowe koncerny do otwierania zakładów produkcyjnych na terytorium USA. Nic takiego jednak dotąd nie nastąpiło – nie tylko dlatego, że polityka celna Trumpa odstrasza firmy swoją nieprzewidywalnością. W innych wystąpieniach Trump mówi natomiast o potrzebie „uczciwych relacji handlowych” USA z resztą świata. Ekonomiści nie są w stanie wyjaśnić, co ma na myśli.
Jeśli pominąć pompatyczne deklaracje Trumpa, można wyróżnić dwie hipotezy, które pomogą nam przybliżyć rzeczywiste cele Białego Domu w zakresie polityki celnej. Pierwsza zakłada, że administracja Trumpa 2.0 uznaje amerykański deficyt handlowy za problem wymagający naprawy. Jeśli założenie to jest trafne, niemal pewne jest, że Waszyngton wprowadzi bazowe cło (na poziomie 10-15%) na towary pochodzące z krajów mających nadwyżkę handlową w wymianie z USA. Taki ruch stawia Unię Europejską na linii ognia: przy nadwyżce towarowej w wysokości 197 mld euro w 2024 roku UE zajmuje drugie miejsce (po Chinach) wśród partnerów handlowych USA z dodatnim bilansem.
Problem z tą teorią polega na tym, że stoi ona w sprzeczności z podstawami ekonomii. Aby uzasadnić tezę, że deficyt handlowy stanowi problem, urzędnicy Białego Domu wygodnie koncentrują się na jego dosłownej definicji: różnicy między wartością towarów kupowanych za granicą a wartością eksportu. Tymczasem deficyt handlowy to coś więcej niż tylko gra liczb. Jako największy składnik rachunku bieżącego, stanowi on szeroki wskaźnik struktury oszczędności i inwestycji w danej gospodarce. Jeśli kraj więcej oszczędza, niż inwestuje, zwykle notuje nadwyżkę handlową. Jeśli więcej inwestuje, niż oszczędza – ma deficyt. Taka właśnie sytuacja ma miejsce w przypadku Stanów Zjednoczonych: amerykański deficyt handlowy świadczy o silnej gospodarce z wysokim poziomem inwestycji, a nie o strukturalnej nierównowadze. Co więcej, brakuje dowodów na to, że cła przyczyniają się do zmniejszenia deficytów handlowych. Większość ekonomistów zgadza się, że cła mają tendencję do przynoszenia skutków odwrotnych do zamierzonych – zakłócają przepływy handlowe, obniżają produktywność i napędzają inflację.
Druga hipoteza zakłada, że Waszyngton wykorzystuje cła jako narzędzie nacisku, by skłonić sojuszników do zajęcia twardszego stanowiska wobec Pekinu. Sekretarz skarbu USA, Scott Bessent, stwierdził w kwietniu, że jeśli Stany Zjednoczone i ich sojusznicy zawrą porozumienia handlowe, będą mogli „mierzyć się z Chinami siłą grupy” – co należy rozumieć jako wspólne wdrażanie środków, takich jak kontrola eksportu technologii strategicznych w celu powstrzymania gospodarczego wzrostu Chin. Dla USA największą potencjalną zdobyczą jest Unia Europejska – blok pozostaje bowiem podzielony w kwestii polityki wobec Chin, jako jedyny „stan niezdecydowany” (swing state) w gronie państw G7 (Wielka Brytania, Kanada i Japonia prezentują wobec Pekinu stanowisko zdecydowanie bardziej konfrontacyjne). Jeśli hipoteza wobec Chin okaże się trafna, UE powinna przygotować się na scenariusze, w których Biały Dom będzie próbował wymusić ograniczenie powiązań gospodarczych z Chinami – proces określany mianem „rozłączenia” (decoupling) lub „redukcji ryzyka” (de-risking).
Dramat handlowy w relacjach transatlantyckich zazwyczaj koncentruje się na towarach. Jednak handel usługami – którego wartość w 2024 roku wyniosła 817 mld euro i który obejmuje m.in. doradztwo, platformy cyfrowe oraz transport – może okazać się równie drażliwy w nadchodzących negocjacjach między Brukselą a Waszyngtonem. Wynika to z faktu, że Trump ma skłonność do fiksacji na rzekomych „atakach” Europy na amerykańskie platformy cyfrowe – takich jak podatki od usług cyfrowych, które wdrażają m.in. Dania, Polska i Portugalia. Jednak salwy Trumpa wymierzone w Europę w obszarze handlu usługami są pozbawione sensu: Stany Zjednoczone notują bowiem ogromną nadwyżkę w handlu usługami z Unią Europejską, sięgającą 148 mld euro w 2024 roku.
Relacje handlowe USA-UE: dane liczbowe
Pełnowymiarowa wojna handlowa między Stanami Zjednoczonymi a Unią Europejską byłaby kosztowna dla obu stron. Zgodnie z danymi Eurostatu, UE jest największym dostawcą towarów do USA – odpowiada za niemal 20% amerykańskiego importu towarowego (czyli 530 mld euro w 2024 roku, co stanowi prawie o jedną trzecią więcej niż wartość importu z Chin). UE jest również głównym kierunkiem eksportu towarów z USA, które w 2024 roku w niemal 20% trafiały właśnie na rynek unijny. Jednocześnie USA pozostają największym odbiorcą unijnego eksportu poza UE oraz drugim po Chinach dostawcą towarów na rynek unijny (zob. wykres poniżej).
AWśród państw członkowskich UE to Niemcy, Irlandia i Belgia poniosłyby największe straty w razie wojny handlowej z USA. Kraje te w wysokim stopniu polegają na Stanach Zjednoczonych zarówno jako rynku zbytu, jak i źródle importu. Niespodzianką nie jest więc fakt, że wszystkie te trzy państwa należą do obozu hołdującego zasadzie: „głupoty nie należy odwzajemniać głupotą”” i są niechętne nakładaniu unijnych ceł odwetowych na import z USA.
Eksport UE do USA
Niemcy, Irlandia, Włochy, Belgia, Austria, Finlandia i Portugalia są najbardziej uzależnione od rynku amerykańskiego jako kierunku eksportu – ponad jedna piąta ich eksportu poza UE trafia do USA.
Eksport z UE do USA jest silnie skoncentrowany sektorowo. Zaledwie trzy kategorie towarów odpowiadają za niemal 40% zakupów dokonywanych przez Amerykanów: produkty medyczne i farmaceutyczne, samochody i części motoryzacyjne oraz wyroby sektora lotniczego.
Import UE z USA
Potencjalne unijne cła odwetowe na import z USA najbardziej dotknęłyby Niemcy, Niderlandy, Francję, Belgię, Irlandię, Danię i Luksemburg – to właśnie te kraje są najbardziej uzależnione od amerykańskich dostawców.
Podobnie jak w przypadku eksportu, również w imporcie trzy główne grupy towarów odpowiadają za około 40% zakupów z USA: surowce energetyczne, wyroby medyczne i farmaceutyczne oraz produkty sektora lotniczego.
Inwestycje: kapitał to jest real deal
Trump nie byłby sobą, gdyby nie przejawiał ambitnych planów również w obszarze inwestycji. Zgodnie z założeniami strategii America First Investment Policy, zagraniczne firmy zainteresowane inwestowaniem w Stanach Zjednoczonych będą wkrótce musiały ograniczyć swoją obecność w Chinach – co wyraźnie pokazuje, że Waszyngton dąży do stworzenia kontrolowanej przez USA bańki inwestycyjnej, z której Chiny zostałyby wykluczone. Dla europejskich inwestorów taka perspektywa jest wyjątkowo niepokojąca: około 30% unijnych bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ) trafia do USA, a UE jest największym źródłem BIZ na terytorium Stanów Zjednoczonych. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że nie wiadomo, w jaki sposób administracja USA miałaby oceniać „dystans i niezależność od Chin” – dwa kryteria, które zagraniczni inwestorzy musieliby spełnić, by zachować większościowe udziały w swoich inwestycjach na rynku amerykańskim.
Globalni inwestorzy obawiają się również, że plany Trumpa dotyczące reformy podatkowej mogą wywrócić do góry nogami ich dotychczasowe inwestycje w USA, które w 2022 roku osiągnęły wartość 2,7 bln dolarów. Szczególne zaniepokojenie wzbudziła ustawa One Big Beautiful Bill Act – plan fiskalny podpisany przez Trumpa 4 lipca bieżącego roku. W pierwotnej wersji przewidywała ona, że amerykańskie spółki zależne zagranicznych firm pochodzących z krajów stosujących „nieuczciwe podatki” (a do tej kategorii zalicza się większość państw UE) mogłyby podlegać efektywnym stawkom podatku dochodowego przekraczającym 50%. Ustawa zakładała też rezygnację z wielu umów podatkowych zawartych przez USA, które zwykle zwalniają z podatku wypłaty dywidend dla zagranicznych spółek matek. Choć te rozwiązania zostały ostatecznie wykreślone z finalnej wersji ustawy, ich zapowiedź była niepokojącym sygnałem – 80% amerykańskich zasobów BIZ pochodzi z krajów, które Waszyngton uznaje za stosujące nieuczciwe praktyki podatkowe.
Finanse: śmiałe plany Trumpa wobec dolara
Finanse stanowią trzeci filar nadchodzącej geoekonomicznej rozgrywki między UE a USA. W ostatnich miesiącach Stephen Miran – przewodniczący Rady Doradców Ekonomicznych i nowy członek zarządu Rezerwy Federalnej – opowiedział się za osłabieniem dolara. Jego teoria brzmi mniej więcej tak: wysoki popyt na amerykańskie obligacje skarbowe, w połączeniu z pozycją dolara jako dominującej waluty w globalnym handlu, sztucznie zawyża wartość amerykańskiej waluty. W ocenie Mirana to właśnie stanowi główną przyczynę deficytu handlowego USA. Zdaniem jego zwolenników zawyżony kurs dolara sprawia, że import do USA jest zbyt tani (co napędza popyt Amerykanów na tanie chińskie towary), a eksport z USA staje się mniej konkurencyjny (co pogłębia deficyt).
Większość ekonomistów uważa tę teorię za absurdalną. Deficyt handlowy USA wynika nie z przeszacowanego dolara, lecz z przewagi inwestycji nad oszczędnościami. A jednak, podążając za logiką Mirana, Waszyngton miałby do dyspozycji dwa główne warianty działań. Po pierwsze, Trump mógłby zaoferować zagranicznym państwom ulgi celne w zamian za sprzedaż przez nie amerykańskich obligacji skarbowych, co miałoby doprowadzić do osłabienia wartości dolara. Kluczowe dla powodzenia takiej operacji byłoby pozyskanie współpracy ze strony Europy – banki centralne i inwestorzy z UE posiadają bowiem około jednej piątej zagranicznego portfela obligacji USA, który łącznie wart jest 8,2 biliona dolarów.
Druga opcja jest znacznie odważniejsza. Według Mirana Waszyngton mógłby przestać wypłacać odsetki od obligacji skarbowych należących do zagranicznych podmiotów. W jego ocenie byłby to krok logiczny – wstrzymanie wypłat odsetkowych miałoby pomóc sfinansować gwarancje bezpieczeństwa, z których – jego zdaniem – sojusznicy z NATO „korzystają na cudzy koszt”. Taki scenariusz oznaczałby de facto niewypłacalność USA i miałby trudne do przewidzenia skutki dla globalnych inwestorów. Pewne jest natomiast jedno: taki rozwój wydarzeń pozbawiłby obligacje skarbowe USA statusu bezpiecznego aktywa, co dramatycznie obniżyłoby popyt na nie i doprowadziło do natychmiastowego osłabienia dolara względem innych walut.
Dla Unii Europejskiej geoekonomiczny wymiar wyzwania, jakie niesie druga kadencja Donalda Trumpa, jest ogromny – a dramatyczne wydarzenia ostatnich miesięcy to dopiero początek. Przed UE stoją kolejne starcia w obszarach handlu, inwestycji i finansów. Aby skutecznie odpowiadać na działania nieprzewidywalnego prezydenta USA, unijni decydenci muszą nakreślić ogólne zasady, które będzie można zastosować w każdych okolicznościach – nawet tych, które dziś wydają się nie do pomyślenia.
Jak UE może się bronić
W kwestii tworzenia listy zdroworozsądkowych zasad zarządzania sytuacją z Trumpem Unia nie zaczyna od zera. Lata zmagań ze środowiskiem Make America Great Again (MAGA) stanowiły dla europejskich przywódców prawdziwy chrzest bojowy przed Trumpem 2.0. Bazując na tym doświadczeniu, instytucje unijne i stolice państw członkowskich powinny przyjąć podejście oparte na samopomocy, oszczędzać czas i energię, koncentrując się na tym, na co mają realny wpływ, oraz zabiegać o zachowanie jedności UE.
Przyjąć podejście oparte na samopomocy
Obszar handlu dobrze ilustruje, w jaki sposób UE może działać w duchu samopomocy w relacjach z administracją Trumpa 2.0. Europejczycy powinni pomagać sami sobie, powstrzymując się od odwetowych działań wobec amerykańskich ceł – nałożenie przez UE ceł odwetowych, czyli de facto podatku, na import z USA oznaczałoby akt gospodarczego sabotażu (albo samookaleczenia). To europejskie firmy i konsumenci ponieśliby główny koszt takich decyzji – przy czym nie zmieniłyby one prawdopodobnie w najmniejszym stopniu stanowiska Trumpa.
Losy amerykańskich firm importujących stal dobrze ilustrują zasadność podejścia opartego na samopomocy. Z powodu ceł nałożonych przez Trumpa, przedsiębiorstwa w USA zużywające duże ilości stali płacą dziś za jej dostawy mniej więcej o 50% więcej niż ich europejscy konkurenci. Mimo planów Trumpa, by objąć cłami również import samochodów do USA, producenci pojazdów zużywający dużo stali mogą nadal uznawać za bardziej opłacalne wytwarzanie aut w Europie lub Japonii i ich eksport przez Atlantyk.
Apele o ograniczenie eksportu z UE produktów, których USA nie byłyby w stanie łatwo pozyskać z innych źródeł – takich jak maszyny półprzewodnikowe – również nie przyniosłyby pozytywnych skutków. Jeśli priorytetem Brukseli jest wsparcie sektora prywatnego, wykorzystywanie unijnych firm jako pionków w rozgrywce transatlantyckiej byłoby działaniem wbrew tej logice. Podobnie wygląda sytuacja z propozycjami ograniczenia dostępu firm amerykańskich do usług żeglugowych czy ubezpieczeniowych w UE – w obu tych sektorach Europa ma przewagę globalną. Europejscy armatorzy czy ubezpieczyciele mogliby mieć trudności z utrzymaniem się na rynku po utracie amerykańskich klientów. Patrząc z długofalowej perspektywy: jeśli firmy z USA nawiążą współpracę z dostawcami spoza UE, trudno sobie wyobrazić, że kiedykolwiek powrócą do partnerów europejskich.
Powyższe przykłady dobrze pokazują, dlaczego modele ekonometryczne wskazują, że najlepszym sposobem ograniczenia strat wynikających z amerykańskich ceł jest unikanie odwetu. W scenariuszu bez działań odwetowych, wpływ ceł USA na PKB UE byłby minimalny – zaledwie 0,1%. (Model ten zakłada cła w wysokości 60% na import z Chin i 10% na import z pozostałych krajów – czyli poziomy zbliżone do obecnych realiów.) Partnerzy handlowi USA nic nie zyskują, naśladując strategię Trumpa. Wręcz przeciwnie – to właśnie samopomoc, czyli minimalizowanie szkód wywołanych przez jego działania, powinna dziś stanowić naczelne hasło Europy.
Postawić na nudę
Trenerzy rozwoju osobistego często głoszą, że samoświadomość to fundament sukcesu. Ta mądrość odnosi się również do Unii Europejskiej. Krótkie spojrzenie na cechy charakterystyczne Wspólnoty pozwala dostrzec jedne z jej największych atutów w epoce Trumpa: bycie nudną, przewidywalną i stabilną. Te cechy może nie robią nagłówków, ale mogą okazać się bezcenne. Wystarczy zapytać dowolnego lidera biznesowego, co uważa za największe wyzwanie wynikające z polityki Trumpa 2.0, a odpowiedź prawdopodobnie będzie jedna: nieprzewidywalność. Przedsiębiorcy bardziej boją się nagłych zwrotów akcji w wykonaniu prezydenta USA niż jego ekscentrycznych pomysłów. To zrozumiałe – dynamiczna i niespójna polityka zmusza firmy do angażowania czasu, zasobów i pieniędzy w planowanie scenariuszy na czarną godzinę.
Taka sytuacja działa na korzyść Europy – zmienia opinię o niej jako bloku nudnym, biurokratycznym i profesjonalnym w realny atut. To właśnie taka przewidywalność i instytucjonalna nuda są dziś dokładnie tym, czego liderzy biznesu szukają w konfrontacji z bombastyczną administracją Trumpa 2.0. Co więcej, bycie nudnym może przynieść Europie jeszcze jedną korzyść: Trump, jako mistrz politycznego spektaklu, może zwyczajnie stracić zainteresowanie kontaktami z unijnymi urzędnikami, jeśli uzna je za zbyt jałowe. Europa nigdy nie przelicytuje Trumpa w teatralnych zagrywkach. Dlatego powinna trzymać się wniosków analizy samoświadomości i robić to, co wychodzi jej najlepiej – pozostać konsekwentnie… nudna.
Oszczędzać czas i energię
Książki o samorozwoju często opierają się na założeniu, że nie warto tracić czasu ani energii na próby zmieniania rzeczy, które są poza naszą kontrolą. Niektóre sprawy najprawdopodobniej nigdy się nie zmienią (ku swojemu niezadowoleniu autorka niniejszej analizy pogodziła się już z faktem, że raczej nie zostanie gwiazdą wingsurfingu). Inne kwestie po prostu nieuchronnie wymykają się naszemu wpływowi (jak np. wybory partnerów życiowych dokonywane przez nasze dzieci). Takie refleksje mają zastosowanie również w trzecim punkcie „planu rozwoju osobistego” Europy na czas zarządzania Trumpem 2.0.: europejscy przywódcy nie powinni poświęcać zbyt wiele czasu ani energii na naprawianie spraw, które są albo niemal niemożliwe do zmiany, albo całkowicie poza ich zasięgiem.
Niektóre decyzje Trumpa – jak np. cła na towary z UE – z dużym prawdopodobieństwem nie znikną przez najbliższe trzy i pół roku. To przykra perspektywa, ale europejscy decydenci będą musieli się z nią pogodzić. UE nie ma powodu, by tracić czas i energię na próby przekonania Trumpa do zmiany zdania (powodzenia…). Zamiast tego najlepszym rozwiązaniem jest zaakceptowanie rzeczywistości i skoncentrowanie się na ograniczeniu szkód dla europejskiej gospodarki. Co więcej, dla sektora prywatnego bardziej korzystna jest jasna perspektywa, że cła na import z UE utrzymają się na poziomie 15% przez najbliższe kilka lat, niż trwanie w niepewności i oczekiwanie na wynik nieprzewidywalnych negocjacji między Brukselą a Waszyngtonem.
Co istotne, dwa najbardziej prawdopodobne czynniki, które mogłyby skłonić Trumpa do zmiany kursu, znajdują się całkowicie poza kontrolą UE. Pierwszym z nich są działania prawne: amerykańskie firmy kwestionują uprawnienia Białego Domu do nakładania ceł, więc część amerykańskich taryf może po prostu zniknąć bez jakiejkolwiek interwencji ze strony Unii. Drugim czynnikiem są rynki finansowe. W kwietniu wystarczyło zaledwie kilka dni załamania na giełdzie, by administracja Trumpa wycofała się z ceł z okazji Dnia Wyzwolenia. Jeśli Trump zrealizuje swój plan osłabienia dolara, równie gwałtowna reakcja rynków mogłaby skłonić go do zmiany zdania.
Zachować jedność UE
Teza, że zwarte grupy lepiej radzą sobie w sytuacjach kryzysowych, to stara prawda z podręczników o przywództwie, którą warto powtarzać. Najgorszym scenariuszem w czasie prezydentury Trumpa byłoby to, że każde państwo członkowskie UE zacznie dążyć do wynegocjowania własnych dwustronnych porozumień z Waszyngtonem, podważając tym samym unijne instytucje i wspólną politykę. Jak dotąd obawy o dezintegrację UE okazały się przesadzone – paradoksalnie, Trump wywołał w Europie efekt konsolidujący. Najdobitniej było to widoczne podczas szczytu NATO w Hadze w lipcu, gdy europejscy przywódcy zjednoczyli się w obliczu obaw, że USA mogą wycofać się z sojuszu. Kilka tygodni później niemal wszystkie państwa członkowskie poparły porozumienie handlowe UE-USA. Jedynie Francja (z powodów polityki wewnętrznej) i Węgry (od dawna krytyczne wobec UE) wyraziły sprzeciw.
To uspokajający sygnał, ale unijni decydenci nie mogą uznawać jedności UE za coś oczywistego. Przed Wspólnotą jeszcze trzy i pół roku prezydentury Trumpa, a utrzymanie spójności bloku będzie wymagało trudnych kompromisów ze strony zarówno państw członkowskich, jak i unijnych instytucji. Szczególnie wymagające będzie pogodzenie stanowisk tradycyjnych krytyków USA, takich jak Francja, z państwami, które od lat są bliskimi sojusznikami Waszyngtonu – zwłaszcza z Europy Północnej i Wschodniej, poczynając od Polski i krajów bałtyckich. Dla najbliższych partnerów USA w UE perspektywa utraty amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa jest realnym zagrożeniem. Jak ujął to unijny komisarz ds. handlu i bezpieczeństwa gospodarczego Maroš Šefčovič, negocjacje handlowe z przedstawicielami USA dotyczą nie tylko handlu – „dotyczą także bezpieczeństwa, […] dotyczą Ukrainy”.
Zaangażować opinię publiczną
Jasna komunikacja to ostatnia klasyczna zasada większości poradników samopomocy – i zasada ta ma pełne zastosowanie również tutaj. Europejska opinia publiczna znacznie łatwiej zrozumiałaby salwy Trumpa, gdyby lepiej orientowała się w podstawach teorii ekonomii. Oburzenie związane z porozumieniem handlowym USA–UE – w tym zarzuty, że Bruksela „skapitulowała” – pokazuje, że Unia powinna skuteczniej tłumaczyć teorie i dane gospodarcze. Przekaz powinien być prosty: cła Trumpa zaszkodzą gospodarce USA bardziej niż Europie, a ewentualny odwet ze strony UE byłby aktem samookaleczenia. Mówiąc wprost: Trump jednostronnie podniósł podatki dla amerykańskich firm i gospodarstw domowych, podczas gdy przedsiębiorcy i obywatele UE nie zostaną obciążeni dodatkowymi opłatami.
Teraz przejdźmy do danych. Lepsze zrozumienie podstawowych liczb opisujących handel transatlantycki mogłoby złagodzić społeczne wzburzenie wokół porozumienia. Weźmy na przykład deklarację UE o zakupie amerykańskich produktów energetycznych o wartości 750 miliardów dolarów do 2028 roku. To się nie wydarzy. Aby osiągnąć tę wartość, firmy energetyczne z USA musiałyby natychmiast przekierować cały swój eksport do Europy – i nawet to by nie wystarczyło. Zobowiązania UE do zainwestowania 600 miliardów dolarów w USA w ciągu najbliższych trzech lat również mają charakter czysto deklaratywny. Kwota ta po prostu odzwierciedla już istniejące plany inwestycyjne europejskich firm działających w Ameryce. Bruksela niczego nie oddała – po prostu wykorzystała upodobanie Trumpa do dużych, imponujących liczb.
Unia ma dobre powody, by nie prostować publicznie tych deklaracji – Trump mógłby bowiem zorientować się, że został wyprowadzony w pole. Niemniej jednak, operując solidniejszą wiedzą ekonomiczną, Europejczycy byliby lepiej przygotowani do trzeźwej oceny, czy warto domagać się ceł odwetowych, które zaszkodzą samej UE, albo do oddzielenia efektownych obietnic od faktycznie wiążących ustaleń. Uporządkowanie wiedzy społeczeństw europejskich pomoże również w utrzymaniu jedności UE. W przeciwnym razie niektóre rządy mogą ulec presji opinii publicznej i wyłamać się z unijnej linii, próbując zawrzeć – choćby hipotetyczne – dwustronne układy z Trumpem.
Polityka USA i możliwe środki zaradcze UE mogą z czasem stać się nową normą, również po odejściu Trumpa z urzędu. Europejscy przywódcy nie powinni jedynie próbować przetrwać minimalizując straty, lecz potraktować wyzwanie, jakim jest Trump 2.0, jako szansę na przeprowadzenie reform, które w dłuższej perspektywie przyniosą Wspólnocie realne korzyści.
Pięć kroków, by gospodarki europejskie sprostały wyzwaniom przyszłości
Europejscy przywódcy mogą wykorzystać atmosferę pilności, którą podsyca prezydent USA, by przeprowadzić reformy w zakresie handlu, inwestycji i finansów, które wcześniej wydawały się zbyt ambitne lub blokowane przez niechętne państwa członkowskie. W ten sposób UE pozostałaby wierna swojej sprawdzonej strategii: reagować i działać, gdy wybucha kryzys.
1. Wspierać eksporterów z UE
Szacunki sugerujące, że cła USA będą mieć jedynie marginalny wpływ makroekonomiczny na gospodarki unijne, nie uspokoją tych europejskich firm, które w dużej mierze opierają się na eksporcie do Ameryki. Na to wyzwanie nie ma prostego rozwiązania, a niektóre przedsiębiorstwa z UE utracą część udziałów w rynku USA za kadencji Trumpa 2.0. Choć nie jest to panaceum, najlepszym wyjściem dla Brukseli jest pogłębianie jednolitego rynku oraz zawieranie wąsko zakrojonych umów handlowych – na przykład obejmujących wyłącznie konkretne sektory – z nowymi partnerami.
Na początek warto przyjrzeć się krajowemu wymiarowi handlu. Pomimo formalnej liberalizacji, przedsiębiorstwa z UE nadal napotykają mnóstwo nieformalnych barier w prowadzeniu działalności w obrębie wspólnego rynku. Do takich przeszkód należą m.in. słaba infrastruktura graniczna, nieprzejrzyste przepisy (przypuszczalnie tyle jest interpretacji reguł celnych, ile państw członkowskich), bariery językowe, problemy z podatkiem VAT oraz dublujące się systemy licencyjne. Znamiennym przykładem są doświadczenia firmy Umicore – belgijskiego recyklera metali – która przy każdym transporcie sprzętu elektronicznego na potrzeby zakładu w Belgii musi faksować dokumenty upoważniające z odręcznymi podpisami w niebieskim atramencie.
Dwa wskaźniki pokazują, jak bardzo usprawnienie handlu wewnątrz jednolitego rynku mogłoby pomóc europejskim firmom zrekompensować ewentualne straty udziału w rynku USA. Po pierwsze, według szacunków MFW, nieformalne bariery handlowe w obrębie UE odpowiadają równowartości cła w wysokości aż 44% w obrocie towarowym między państwami członkowskimi – to więcej, niż Trump kiedykolwiek nałoży na Europę. Po drugie, wymiana towarowa wewnątrz UE wyniosła w 2024 roku 4 biliony euro, czyli około osiem razy więcej niż eksport UE do Stanów Zjednoczonych (wszystkie państwa członkowskie eksportują więcej do siebie nawzajem niż za ocean). Wzrost wewnątrzunijnego handlu o zaledwie 1,25% wystarczyłby, aby zrównoważyć najczarniejszy scenariusz zakładający spadek eksportu do USA o 10%.
Patrząc globalnie, UE mogłaby skoncentrować się na tzw. mini-dealach – zawężonych porozumieniach obejmujących jedynie wybrane sektory lub kwestie techniczne, takie jak normy bezpieczeństwa czy zasady określania kraju pochodzenia produktów. UE już teraz ma wiele takich umów, zwłaszcza ze Szwajcarią i Kanadą. Ekonomiści szacują, że kolejne tego typu porozumienia mogą zwiększyć eksport towarów wyprodukowanych w UE o 15-40% i podnieść szanse europejskich firm na wejście na nowe rynki eksportowe nawet o 50%. Przykładowy mini-deal z Japonią pozwala eksporterom z UE używać unijnych certyfikatów bezpieczeństwa przy eksporcie na rynek japoński i odwrotnie (czyli uznaje się wzajemnie oceny zgodności). Dla firm z UE to ogromna korzyść – nie muszą już szukać w Japonii laboratoriów potwierdzających zgodność ich produktów z lokalnymi normami. Mini-deale zazwyczaj nie budzą kontrowersji, a przy tym są bardzo skuteczne. Dla Europy to niskie ryzyko i wysokie korzyści – sposób na ograniczenie biurokracji i otwarcie nowych rynków eksportowych.
2. Wykorzystać szeroki rynek zamożnych europejskich konsumentów cyfrowych
Trump lubi skupiać się na deficycie handlowym USA z UE w obszarze dóbr. Europejczycy powinni w odpowiedzi uważniej przyjrzeć się bilansowi transatlantyckiej wymiany usług. Największy atut UE na tym polu jest oczywisty – dostęp do rynku dla (niemal wyłącznie amerykańskich) platform społecznościowych. Dla firm takich jak Meta (właściciel Facebooka, Instagrama i WhatsAppa) czy X (dawniej Twitter) rynek UE jest nie do zastąpienia. Jest ogromny (prawie pół miliarda konsumentów) i bardzo dochodowy. Europejscy internauci są zamożni, więc reklamodawcy płacą platformom cyfrowym wyższe stawki za emisję reklam w Europie.
W wymianie usług istnieje strukturalna asymetria między Europą a Ameryką. Europejczycy mogliby funkcjonować (a może nawet zyskać), rezygnując z mediów społecznościowych, ale amerykańskie firmy-matki tych platform bardzo ucierpiałyby na utracie europejskich przychodów. Precedensy pokazują, jak UE mogłaby tę asymetrię wykorzystać: w 2024 roku brazylijski Sąd Najwyższy zakazał działalności X ze względu na dezinformację w trakcie wyborów prezydenckich w 2022 roku. Po nieco ponad miesiącu X ugięło się pod presją – firma obawiała się utraty rynku liczącego 30 mln użytkowników. Zapłaciła grzywnę, zablokowała problematyczne konta i wyznaczyła oficjalnego przedstawiciela prawnego. Jeśli UE chce uzyskać ustępstwa od USA, groźba podjęcia podobnych kroków może okazać się przydatnym narzędziem.
Owszem, pójście śladem Brazylii byłoby dla UE trudne. Groźba zablokowania dostępu do platform cyfrowych mogłaby wywołać ostrą reakcję Waszyngtonu (choć zważywszy na konflikt między Trumpem a Elonem Muskiem z 2024 roku, nie jest to pewne). W praktyce UE miałaby co najmniej dwie opcje. Pierwsza to opodatkowanie platform cyfrowych, na przykład w przypadku wykorzystywania treści pochodzących z UE do trenowania ich własnych modeli sztucznej inteligencji (jak choćby ta analiza). Wymagałoby to jednomyślności państw członkowskich – zadanie trudne, ale nie niemożliwe (w końcu UE co sześć miesięcy odnawia jednomyślnie sankcje wobec Rosji). Drugą opcją byłaby groźba zaostrzenia egzekwowania istniejących przepisów dotyczących prywatności i szkodliwych treści – zwłaszcza w okresach wyborów krajowych w UE. Ostatecznie nie chodzi o to, by faktycznie wdrażać te środki, lecz by UE rozpoznała swój potencjał nacisku i dała do zrozumienia, że może go użyć.
3. Pobudzić innowacje poprzez niekontrowersyjne zmiany regulacyjne
W ostatniej dekadzie bezpośrednie inwestycje zagraniczne w UE koncentrowały się często na przejęciach europejskich firm high-tech przez amerykańskie giganty. Przykłady? Microsoft wchłonął Skype’a za 8,6 mld dolarów w 2011 roku, a Apple wykupił niemiecki Dialog Semiconductor za 600 mln w 2018. Już sam fakt, że te firmy zdołały rozwinąć się w Europie, zanim zostały przejęte przez Amerykanów, zasługuje na uznanie. Niemniej jednak, około jedna trzecia ze 147 tzw. jednorożców, które powstały w UE od 2008 roku, przeniosła się ostatecznie do USA – często z powodu braku finansowania – co potwierdza argumenty przedstawicieli Doliny Krzemowej, że „w Europie trudno jest zbudować coś naprawdę innowacyjnego”. Ten deficyt innowacyjności osłabia pozycję UE w oczach Waszyngtonu i rzutuje na jej długofalowe perspektywy gospodarcze.
Pierwszy element tego problemu to finansowanie. Nie chodzi tu jednak o brak środków. UE co roku notuje nadwyżkę w wysokości 2–3% PKB – co oznacza, że oszczędza ok. 450 mld euro więcej, niż inwestuje. (To ta sama koncepcja równowagi oszczędności i inwestycji, która pojawia się wyżej przy okazji analizy deficytu handlowego USA). Wyzwanie dla UE polega na tym, by te oszczędności uruchomić. Dobrym pierwszym krokiem byłoby złagodzenie barier regulacyjnych, które dziś utrudniają funduszom ubezpieczeniowym w UE inwestowanie w fundusze venture capital – czyli podmioty finansujące start-upy we wczesnej fazie rozwoju i pomagające im się skalować. Od 2013 roku europejskie start-upy pozyskały zaledwie 130 mld dolarów finansowania VC – dziewięć razy mniej niż ich amerykańscy odpowiednicy. Tymczasem aktywa europejskich firm ubezpieczeniowych stanowią 61% PKB UE, czyli ponad dwukrotnie więcej niż w USA. Przekierowanie choćby niewielkiej części tych środków do europejskich start-upów mogłoby znacznie przyspieszyć rozwój innowacji na kontynencie.
Finansowanie to jednak nie jedyny problem. Jeśli zapytać inwestorów VC o kolejne przeszkody, od razu wskazują na rozdrobnienie regulacyjne – czyli istnienie różnych krajowych reżimów prawnych, które skutecznie zniechęcają do inwestowania transgranicznego. Dla start-upów jednolity rynek nierzadko wcale nie jest „jednolity” – i słusznie. Poruszanie się w labiryncie 27 systemów prawnych w 24 językach to dla wielu firm bariera nie do przejścia. Aby rozwiązać ten problem, Komisja Europejska rozważa wprowadzenie 28. reżimu regulacyjnego: opcjonalnego, wspólnotowego kodeksu gospodarczego, do którego mogłyby przystępować start-upy chcące uniknąć tego gąszczu przepisów. Byłby to pierwszy krok ku bardziej spójnemu rynkowi wewnętrznemu i dobra podstawa do dalszych reform.
4. Pogłębić pulę aktywów denominowanych w euro
Zawirowania w amerykańskiej polityce gospodarczej stwarzają dla UE okazję do wzmocnienia roli euro jako globalnej waluty rezerwowej – szczególnie w momencie, gdy status dolara jako „bezpiecznej przystani” zaczyna budzić wątpliwości. Dążenie do większej obecności euro na światowych rynkach walutowych to oczywisty krok: zwiększyłoby to wpływy geopolityczne Unii i zmniejszyło globalne uzależnienie od aktywów denominowanych w dolarach.
Problemem nie jest brak popytu na dług denominowany w euro, lecz jego ograniczona podaż. Łączna wartość niemieckich bundów, francuskich obligacji skarbowych oraz papierów dłużnych emitowanych przez instytucje UE (w tym Europejski Bank Inwestycyjny) wynosi zaledwie 5 bln euro – to około pięć razy mniej niż wartość amerykańskich obligacji skarbowych (29 bln dolarów, czyli ok. 25 bln euro). Dodatkowo europejskie aktywa są mocno rozdrobnione – UE nie dysponuje jednym wspólnym instrumentem długu. W sytuacji, gdy brakuje bezpiecznych aktywów w euro, wielu inwestorów przerzuca się na złoto. W 2024 roku kruszec wyprzedził euro i stał się drugim najpopularniejszym aktywem rezerwowym na świecie (choć efekt ten był częściowo związany ze wzrostem cen złota).
W ostatnich miesiącach w UE przybywa głosów popierających emisję euroobligacji. W marcu kanclerz Niemiec Friedrich Merz poluzował niemiecką regułę ograniczającą deficyt strukturalny do 0,35% PKB rocznie. W tym samym czasie, w obliczu coraz bardziej agresywnej Rosji, Unia uruchomiła program ReArm o wartości 800 mld euro, przeznaczony na inwestycje w obronność. W lipcu UE aktywowała tzw. klauzulę ucieczki w ramach Paktu Stabilności i Wzrostu, pozwalając 15 państwom członkowskim zwiększyć wydatki obronne nawet o 1,5 pkt proc. PKB rocznie w latach 2025–2028 – bez ryzyka objęcia procedurą nadmiernego deficytu.
Rosnące wydatki wojskowe, w połączeniu z poluzowaniem unijnych reguł fiskalnych dla nakładów na obronność, otwierają drogę do budowy znacznej puli euroobligacji, po które mogliby sięgnąć globalni inwestorzy. Ponieważ wiele państw członkowskich boryka się z ograniczonymi budżetami, znaczna część nowych wydatków wojskowych będzie musiała zostać sfinansowana poprzez emisję długu. Problem w tym, że skala nie wystarczy: nawet jeśli całość tych wydatków zostałaby pokryta wspólnym długiem UE, podaż euroobligacji wzrosłaby jedynie o 1% PKB rocznie – to zbyt mało, by rzeczywiście zmienić sytuację.
Potrzeba więc bardziej kreatywnego podejścia. Jedną z propozycji, autorstwa byłego głównego ekonomisty MFW Oliviera Blancharda i ekonomisty funduszu hedgingowego Citadel Ángela Ubide, jest konwersja części istniejącego długu państw członkowskich UE na uprzywilejowane euroobligacje. Te wspólnie emitowane, niskiego ryzyka papiery dłużne miałyby niskie oprocentowanie, co czyniłoby je atrakcyjną opcją dla zadłużonych państw takich jak Polska czy Francja. Atutem tego rozwiązania jest to, że taki dług zbiorczy byłby de facto wolny od ryzyka, a więc wymagałby jedynie minimalnego podziału ryzyka między państwami członkowskimi – co mogłoby ograniczyć sprzeciw ze strony oszczędnych krajów. Co więcej, taki mechanizm nie wymagałby zmian w unijnych regułach fiskalnych, co ułatwiłoby jego wdrożenie.
To tylko jeden z możliwych sposobów poszerzenia puli płynnych euroobligacji. Inne idą dalej – na przykład zakładają powołanie europejskiej agencji długu, która przejmowałaby obsługę istniejącego zadłużenia, de facto emitując wspólny dług w imieniu państw członkowskich. Politycznie byłyby to trudne decyzje, ale trudno o lepszy moment na uruchomienie euroobligacji niż obecny. W sytuacji, gdy Trump wydaje się zdeterminowany, by wstrząsnąć globalnym porządkiem finansowym, Unia może przekuć ten chaos w impuls do reform, które długofalowo przyniosą korzyści Europejczykom – dając UE finansową siłę do walki ze zmianami klimatu, rozbudowy obronności i przygotowania się na fiskalne skutki starzenia się społeczeństwa, już po zakończeniu prezydentury Trumpa.
5. Przygotować się na nadchodzące wojny walutowe
W 2026 roku prezydencję w G20 obejmą Stany Zjednoczone, co da Waszyngtonowi szansę na promowanie agendy Trumpa 2.0. Podczas szczytu Trump może wykorzystać obecność najważniejszych zagranicznych posiadaczy amerykańskich obligacji skarbowych – Chin, Japonii oraz banków centralnych strefy euro – by spróbować doprowadzić do osłabienia dolara względem innych głównych walut.
Jeśli Trump zaoferuje zniesienie ceł w zamian za sprzedaż amerykańskich obligacji, Unia Europejska szybko znajdzie się w trudnym położeniu. Prezydent USA może nie zdawać sobie sprawy, że Europejski Bank Centralny i banki centralne państw członkowskich UE nie mają mandatu do negocjowania spraw handlowych. To poważny problem, ponieważ te instytucje prawdopodobnie posiadają około połowy unijnych zasobów amerykańskich obligacji skarbowych (brakuje dokładnych danych na temat struktury inwestorów z UE, ale globalnie inwestorzy oficjalni trzymają 47% obligacji skarbowych USA będących w rękach zagranicy). Co więcej, nakłonienie prywatnych europejskich funduszy inwestycyjnych – które prawdopodobnie posiadają pozostałą połowę – do sprzedaży tych aktywów byłoby niemal niemożliwe.
Poza logistycznymi trudnościami nie jest wcale oczywiste, czy UE powinna w ogóle rozważać taki układ. Osłabienie dolara (a więc wzmocnienie euro) mogłoby co prawda przynieść korzyści importerom, ale zaszkodziłoby eksporterom – a to właśnie eksport stanowi motor unijnej gospodarki. Taki scenariusz raczej nie leży w interesie Europy.
Jedno jest jednak pewne: instytucje unijne i kluczowe państwa członkowskie – w szczególności Francja, będąca największym w UE posiadaczem amerykańskiego długu – muszą przygotować się na ewentualne naciski ze strony USA podczas szczytu G20. Współpraca z Chinami, Japonią oraz prywatnymi inwestorami z Azji i Zatoki Perskiej mogłaby pomóc w stworzeniu wspólnego globalnego frontu wobec Trumpa.
*
Osiem miesięcy po rozpoczęciu drugiej kadencji Trumpa źródła europejskiej odmiany syndromu Trumpa mogą tkwić w kilku nieporozumieniach. Być może winny jest sam język angielski: zwolennicy Trumpa sądzą, że to on nakłada cła na resztę świata – podczas gdy to właśnie (amerykańscy) wyborcy Trumpa ponoszą ich koszty. Wyznawcy MAGA zdają się wierzyć, że globalne firmy zrobią wszystko, by działać na rynku USA, choć w rzeczywistości polityka inwestycyjna Waszyngtonu może na dobre skłonić je do przekierowania łańcuchów dostaw i przepływów finansowych z dala od Ameryki. To samo dotyczy planów Trumpa, by pozbawić dolara statusu bezpiecznej przystani – zamiast uderzyć w innych, USA mogą stracić jeden ze swoich największych atutów: możliwość emisji globalnej waluty rezerwowej.
Europa przetrwa Trumponomikę, która szkodzi głównie gospodarce amerykańskiej. Po drugiej stronie Atlantyku to właśnie reakcje Europejczyków na kolejne salwy Trumpa zadecydują o ich własnych perspektywach gospodarczych długo po tym, jak opuści on Biały Dom. By zapewnić Unii stabilne fundamenty, unijni decydenci powinni zachować zimną krew, jedność i koncentrację na długofalowej wizji dla Europy. Ich celem powinno być prowadzenie takiej polityki gospodarczej, która przyniesie korzyści całej Wspólnocie – niezależnie od tego, co przyjdzie z Waszyngtonu. Nie każda prowokacja zasługuje na reakcję. Czasem odwagą jest zachować spokój, robić swoje i dostrzec szanse tam, gdzie inni widzą tylko zagrożenia.
O autorce
Agathe Demarais kieruje pracami Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych (ECFR) w obszarze geoekonomii i technologii. Zanim dołączyła do ECFR, pełniła funkcję dyrektorki ds. globalnych prognoz w Economist Intelligence Unit (EIU), czyli jednostce analitycznej tygodnika The Economist. Odpowiadała tam za globalne analizy ekonomiczne i geopolityczne, ze szczególnym uwzględnieniem handlu, rynków wschodzących i polityki gospodarczej państw. Jest autorką książki „Backfire”, poświęconej globalnym skutkom sankcji i kontroli eksportu. Publikacja opiera się na jej doświadczeniu jako doradczyni ds. polityki gospodarczej w placówkach dyplomatycznych francuskiego ministerstwa finansów w Rosji i Libanie. Wcześniej pracowała również w sektorze bankowości inwestycyjnej w Rosji i USA. Poza ECFR Demarais pisze felietony dla Foreign Policy oraz wykłada w Kolegium Europejskim.
Podziękowania
Autorka pragnie podziękować Kat Fytatzi za jej zaraźliwy entuzjazm wobec tematu, niezmienną gotowość do wytężonej pracy przy najtrudniejszych fragmentach tekstu oraz za kreatywną, wnikliwą i pełną radości redakcję niniejszej analizy. Kat okazała się znakomitą redaktorką, dzięki której tekst zyskał o niebo lepszą formę niż jego pierwotna wersja. Wykazała się też ogromną cierpliwością, gdy autorka nie mogła się zdecydować między analogią do terapii par a porównaniem do hipopotamów (lepiej nie pytać).
Za cenne uwagi do pierwszych wersji tekstu autorka dziękuje kolegom i koleżankom z ECFR: Chiarze Malaponti i Tobiasowi Gehrke – grazie i vielen Dank! Gwiazdy komunikacji i rzecznictwa: Mireia Faro Sarrats, Nele Anders i Pia Jakobi udzieliły niezastąpionego wsparcia w zakresie promocji publikacji. Nastassia Zenovich zdziałała prawdziwe cuda przy pracy z wykresami, a Martin Tenev dopilnował, by wszystko przebiegło sprawnie po stronie technicznej.
ECFR dziękuje sekretarzowi stanu ds. Unii Europejskiej oraz inicjatywie „Hablamos de Europa” (Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Unii Europejskiej i Współpracy Królestwa Hiszpanii) za udzielone wsparcie.


European Council on Foreign Relations nie zajmuje stanowisk zbiorowych. Publikacje ECFR reprezentują jedynie poglądy poszczególnych autorów.













