Wybory do PE: tym razem inaczej?

Szacuje się, że eurosceptycy będą trzecią najliczniejszą siłą polityczną w Parlamencie Europejskim po  majowych wyborach. Jak kryzys legitymacji UE wpłynie na dalszy proces integracji?

ECFR Alumni · Advocacy and Communications Officer

„This time it's different” to hasło tegorocznych wyborów do Parlamentu Europejskiego, które ma podkreślać zwiększony wpływ wyborców na brukselską politykę po wejściu w życie Traktatu Lizbońskiego. Statystyki są jednak bezlitosne: badania opinii publicznej wskazują na wyraźny spadek zaufania do UE, a frekwencja w nadchodzących wyborach zapowiada się na najniższą w historii. To nie koniec. Na sile przybierają niegdyś marginalne ugrupowania  eurosceptyczne, które otwarcie deklarują niechęć do dalszej integracji europejskiej, a niektóre z nich wręcz negują zasadność istnienia Unii. Szacuje się, że eurosceptycy będą trzecią najliczniejszą siłą polityczną w Parlamencie Europejskim po 25 maja. Tym samym, być może staniemy się świadkami osobliwego zjawiska „samo-nienawidzącego się parlamentu” (self-hating parliament), który w toku demokratycznego podejmowania decyzji będzie sabotował własne ustalenia.
 
Nie po raz pierwszy wybory do Parlamentu Europejskiego są polem wewnątrzkrajowych rozgrywek dla politycznych ugrupowań. W kampaniach dominuje spłaszczona debata mająca niewiele wspólnego z najważniejszymi problemami i rzeczywistym funkcjonowaniem instytucji UE, a partie narodowe już od miesięcy wdrażają na listach wyborczych skomplikowaną ekwilibrystykę, której celem jest skuteczne „wypchnięcie” do Brukseli kandydatów zarówno rozpoznawalnych i szanowanych, jak i niekontrowersyjnych i zastępowalnych na gruncie krajowym.

W tym roku dużym novum na ponadnarodowym poziomie kampanii do PE jest zaczerpnięta z krajowej polityki próba personalizacji wyborów. Największe ugrupowania ogłosiły swoich kandydatów na stanowisko przewodniczącego Komisji Europejskiej korzystając z naniesionych Traktatem Lizbońskim zmian przy procedurze wyboru na to stanowisko (Rada Europejska przy wyborze Przewodniczącego musi brać pod uwagę wyniki wyborów do PE). Te „twarze”, choć same nie kandydują, podróżują niestrudzenie po Europie przedstawiając swoje programy wyborcze i namawiając do pójścia do urn między 22 a 25 maja (w zależności od kraju). Nie jest jednak pewne, czy prowadzone z rozmachem kampanie przyczynią się do wzrostu frekwencji. Wiele wskazuje na to, że dość wstrzemięźliwi w wykazywaniu zainteresowania sprawami UE obywatele, nie rozumieją ani skomplikowanego mechanizmu wyboru przewodniczącego Komisji Europejskiej (ile procent obywateli UE w ogóle potrafi wskazać nazwisko obecnego Przewodniczącego?), ani nie znają kompetencji przysługujących piastującemu to stanowisko. I wcale nie zamierzają ich poznać.

Nie ulega wątpliwości, że demokratyczna legitymizacja UE przechodzi poważny kryzys. W momencie, w którym obywatele odwracają się od jednego z nielicznych mechanizmów bezpośredniego kształtowania unijnej polityki, decydenci muszą zadać sobie pytanie o kierunek dalszej integracji europejskiej. Motorem napędowym dla legitymizacji europejskiego projektu przez szereg lat pozostawały wzrost gospodarczy i poczucie bezpieczeństwa obywateli (zarówno w sensie politycznym, jak i gospodarczym). Obecne kryzysy: problemy strefy euro, rosnące bezrobocie, a od niedawna przede wszystkim sprawa ukraińska, odcisnęły piętno na stosunku Europejczyków do tego projektu i niewiele wskazuje na to, by reforma lizbońska i nadchodzące wybory miały to zmienić.