Eksperci oceniają exposé premier Beaty Szydło

18 listopada 2015 roku premier Beata Szydło wygłosiła w Sejmie exposé. Jak oceniają je eksperci? 

Polityka zagraniczna. Ocenia Piotr Buras, dyrektor Warszawskiego Biura European Council on Foreign Relations:

exposé Beaty Szydło o polityce nowego rządu w sprawach zagranicznych nie dowiedzieliśmy się wiele, a zwłaszcza nie dowiedzieliśmy się niczego nowego. To o tyle rozczarowujące, że wobec zapowiadanego od dawna (jeszcze jako opozycja) dążenia do podmiotowości w polityce zagranicznej i powstania z kolan, wypadałoby dać jakieś wskazówki, jak taki program miałby być realizowany.

Parametry polityki rządu Szydło w sprawach zagranicznych jak się wydaje nie różnią się zasadniczo od linii poprzedników. Wzmocnienie NATO, gwarancje amerykańskie, postawienie na węgiel i generalne poparcie dla UE to ogólniki, pod którymi podpisałby się także rząd Platformy. Zaś hasło polityki „aktywnej i asertywnej” brzmi dość groteskowo w sytuacji, gdy pani premier nie odniosła się ani słowem do kluczowych dla Polski relacji z Niemcami, Rosją czy Ukrainą.

exposé nie znalazła się żadna podpowiedź, w jakich dziedzinach przejawiać mogłaby się polska „aktywność” i na czym mogłaby ona polegać. Więcej było o asertywności: obok obrony węgla pojawił się wątek solidarności, której nie można łączyć z „eksportem problemów, jakie stworzyły sobie pewne państwa bez jakiegokolwiek udziału innych, które mają być nimi obciążone”. To aluzja do Niemiec i kryzysu uchodźców. Trudno zrozumieć tę aluzję inaczej niż jako sygnał, że rząd PiS nie uważa kryzysu uchodźców za problem europejski, wymagający współdziałania wszystkich partnerów, i że nie jest gotów – w imię solidarności – do podjęcia dalszych zobowiązań w imieniu Polski.

Ta postawa nie tylko opiera się na błędnej ocenie natury kryzysu uchodźców (polityka Niemiec nie jest jego źródłem). Wychodzi także z błędnego założenia, że ignorując konieczność poszukiwania nieszablonowych rozwiązań na poziomie UE i odmawiając w nich udziału Polska pozostanie na uboczu tego kryzysu. To iluzja, gdyż niekontrolowany napływ uchodźców na dużą skalę w pewnym momencie dotrze także do granic naszego kraju (im bardziej zamykać się będą granice wewnętrzne UE, tym szybciej). Przede wszystkim zaś stanie z boku nie uchroni nas przed poważnymi konsekwencjami zmiany klimatu politycznego w Europie, zwłaszcza w Niemczech. Dlatego sygnał, że nowy polski rząd rozumie te uwarunkowania i nie rezygnując ze swoich postulatów o charakterze non possumus (sprzeciw wobec automatycznej i permanentnej relokacji uchodźców w UE) jest gotów do konstruktywnej współpracy byłby tak ważny.

Dzisiaj dyskusja w Europie na ten temat jest już dużo dalej niż kilka tygodni temu. W jej centrum znajduje się pomysł porozumienia z Turcją, którego elementami byłaby umowa o readmisji (zobowiązanie Turcji do przyjmowania z powrotem nielegalnych migrantów z UE, którzy dostali się tam przez turecko-grecką granicę), finansowe wsparcie dla Ankary na integrację uchodźców w Turcji, liberalizacja wizowa oraz kontyngenty uchodźców, którzy mieliby być w uporządkowany sposób przesiedlani z Turcji do Europy w zamian za powstrzymanie nielegalnej fali migracji przez Ankarę.

Polska mogłaby i powinna aktywnie włączyć się do tych wysiłków, nie rezygnując ze swojej suwerenności i kontroli przepływu osób. Mogłaby wyrazić gotowość do aktywnego wsparcia tej polityki, wysyłając czytelny i pozytywny sygnał do Berlina i innych stolic. Ta szansa nie została wykorzystana – trudno orzec, czy rozmyślnie, czy też z powodu ignorancji.

Jeszcze bardziej zastanawia całkowite milczenie w sprawach polityki wschodniej, za rzekomą bierność w której rząd Ewy Kopacz, a wcześniej Donalda Tuska, zbierał cięgi od ówczesnej opozycji.

To dobrze, że nie pojawiło się żądanie włączenia Polski do formatu normandzkiego, które dyskusję o polityce wobec Rosji i Ukrainy sprowadza w ślepą uliczkę. Ale Polska stoi dziś w sprawach wschodnich w obliczu poważnych dylematów, które zasługiwałyby na jakąkolwiek refleksję w programowym przemówieniu premier Szydło.

Po pierwsze w obliczu kryzysu uchodźców, którego źródłem jest sytuacja w Syrii, a zwłaszcza po wejściu Francji w wojnę z terrorem, zmienia się zasadniczo rola Rosji w Europie – z pariasa w niechcianego, ale niezbędnego partnera. W tej sytuacji jasne stanowisko Polski w sprawie możliwości i ograniczeń współpracy z Rosją, przyszłości sankcji unijnych i implementacji porozumienia mińskiego jest warunkiem poważnej polityki wschodniej. Milcząc w tych sprawach nie możemy oczekiwać, że będzie się nas traktować poważnie. Dlaczego premier nie skorzystała z możliwości podkreślenia wagi tych spraw dla Polski w swoim programowym wystąpieniu, uważnie słuchanym też przez europejską opinię publiczną, pozostaje zagadką.

Po drugie kwestia przyszłości porozumienia mińskiego i jego znaczenia dla polityki UE wobec Wschodu powinna być dla Polski fundamentalna. Warszawa powinna wykazywać się zrozumieniem dla konieczności współpracy z Rosją na Bliskim Wschodzie, ale jednocześnie stać na stanowisku, że tylko pełne wdrożenie porozumień z Mińska jest warunkiem złagodzenia sankcji nałożonych przez UE na Rosję.

Dzisiaj istnieje ryzyko, że już „postęp” w realizacji tych postanowień przez Rosję uznany zostanie za wystarczający sygnał do normalizacji stosunków. Dla wiarygodności UE i przyszłości Ukrainy miałoby to bardzo złe skutki. Ale nie wystarczą tylko słowa. Aktywność Polski powinna polegać na inspirowaniu i budowaniu konsensusu w UE wokół pomysłów, jak zapewnić, by spór między Ukrainą a Rosją wokół interpretacji tego porozumienia nie wykoleił chwiejnego rozejmu w Ukrainie Wschodniej.

Nowy rząd mógłby także obstawać przy tym, by przed spotkaniami formatu normandzkiego odbywały się konsultacje w gronie wszystkich członków UE, Komisji i szefa Rady Europejskiej, co byłoby krokiem w kierunku potrzebnej europeizacji tej dyskusji i polityki.

Punktów, o których premier Szydło powinna była wspomnieć w exposé, jeśli jej zapowiedź podmiotowej polityki ma być wiarygodna, jest oczywiście więcej. Wyzwania, przed którymi jej rząd stoi w polityce zagranicznej są największe od 1989 roku. I nigdy bodaj słowa polskiego przywódcy nie były tak uważnie słuchane przez zagranicznych partnerów jak dziś. Tym bardziej jej milczenie w najważniejszych sprawach odbija się głośnym echem.

W Europie jest coraz mniej krajów, które naprawdę mogłyby i chciały być odpowiedzialnym „podmiotem” polityki międzynarodowej z korzyścią dla siebie samych i UE. Pierwsze wystąpienie pani premier nie daje, niestety, wystarczających podstaw, by sądzić, że Polska pod jej rządami takim krajem będzie.

Tekst komentarza pochodzi z artykułu, który ukazał się na stronie Instytutu Obywatelskiego.